Rozdział III >> wtorek, 19 lutego 2008 23:04:01
Dodaję. Chociaż nie wiem czemu. Nie jestem za bardzo zadowolona z tej notki. Próbowałam coś z niej wykrzesać. Przynajmniej jedną iskrę. Niestety. Nie udało mi się. No cóż, ale chyba dopadło mnie, choć trochę przedwcześnie wiosenne przesilenie. Nie dedykuję, bo wstydem byłoby dedykować coś takiego. Przepraszam za błedy i jakość tego "rozdziału". Po wyżaleniu się mogę już Was zaprosić do czytania!

Harry Potter, ulubieniec czarodziejskiej społeczności i jeden z najlepszych aurorów nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i poza jej granicami, wrócił do Londynu. Czuł się, jakby wracał do domu. Bo w istocie tak było. Choć żaden z mijanych przez niego budynków nie należał do niego i choć nikt nie czekał na niego z ciepłą zupą aż wróci z pracy, to czuł ciepło w okolicy serca na myśl, że znów może oddychać zanieczyszczonym, londyńskim powietrzem. Tutaj też mieszkali jego przyjaciele. Tutaj niebo wydawało mu się inne. Bardziej błękitne. Tutaj kochał wszystko. Mugolsie ulice i dzielnice. Hałas samochodów. Zapach czarnej kawy i papierosów co rano unoszących się w powietrzu. Deszcz padający prawie bez przerwy. Brudne i niebezpieczne zaułki. Pokątną, z tymi wszystkimi sklepami, przyciągającymi kolorowymi wystawami. Lodziarnie Floriana Fortescue. Bank Gringotta. Tamizę o zachodzie słońca mieniącą się zielenią, różem i błękiem. Gdzie mogłoby być mu lepiej niż tu? Gdzie byłby szczęśliwszy? Czuł to miejsce, ale nie chciał tu zostać na zawsze. Sam o sobie nie raz mówił, że jest obywatelem świata. Nieposkromionym duchem, który wciąż szuka nowych przygód. Kiedy nudziło go jedno miejsce przenosił się w drugie i nigdy już tam nie powracał. Tylko Londyn darzył takim sentymentem, że przynajmniej raz w roku go odwiedzał. Reszta była nieważna. Wiódł nieustatkowane, niebezpieczne życie. Gnał pod prąd. Szedł ramię w ramię z ryzykiem. Gdzie ono tam i on. Wiedział, że ma szczęście. Cholerne szczęście. Wychodził z tylu poważnych opresji cało. Walka była jego miłością. Kochanką, bez której nie mógł żyć i które nie umiał się oprzeć. Był sam. Miał dwadzieścia cztery lata i wciąż był sam. Większość jego znajomych już dawno się ustatkowało. A on nie. Nie chciał. Nie umiał. Nie było mu to potrzebne. Nie wyobrażał sobie siebie, jako ojca gromadki dzieci, wiodącego spokojne życie. Wydawało mu się to śmieszne i głupie zarazem. Być możę nie spotkał jeszcze kobiety, którą zdołałby pokochać i rzucić dla niej wszystko. Zapewne taka nie istnieje. Jeszcze kilka lat temu wydawało mu się, że taka jest Ginny Weasley. Ładna dziewczyna, w której był zakochany. W Hogwarcie zanim zostali parą śnił o niej po nocach. Później wszystko potoczyło się szybko. Było mu z nią dobrze. Całkiem nieźle się dogadywali. Była urocza i słodka. Czasem nawet zabawna. Z resztą wtedy widział w niej same pozytywne cechy. Dopiero długi czas później przekonał się, że potrafi być władcza, irytująca i histeryzuje, jak dziecko. To było dla niego nie do wytrzymania. On nie lubi kontroli nad sobą. Sam sobie jest panem. Jeśli nie ma ochoty czegoś powiedzieć to tego nie mówi. Czar miłej Ginny prysł bezpowrotnie, jak bańka mydlana. Robiła mu awantury o byle co. Rzucała talerzami. Płakała. Harry nie znał jej takiej. Z czasem zrobiła się chorobliwie zazdrosna o niego. Zaborcza. Pytała, z kim był i co robił. A najgorsze było to, że chciała ślubu. A dla niego ślub równał się wyrokowi śmierci. Dlatego pewnego dnia, powiedział, że nie może jej dać tego czego ona chce i muszą się rozstać. Rozpłakała się. Zaczęła tłuc go pięściami. Błagała go, żeby nie odchodził od niej, nie zostawiał jej. Ale on wyjechał. Do Peru. Czasami jeszcze we wspomnieniach wracał do Ginny. Rzadko. Zawsze wtedy przedstawiał mu się trochę zamazany, jakby za mgłą obraz rudowłoej dziewczyny. Zastanawiał się wtedy czy już byliby małżeństwem. Być może mieliby juz dzieci. Pomyślał, że na szczęście do tego nie doszło.

***

Wszedł do pubu, który akurat mijał. Usiadł przy jednym z pustych stolików. Po chwili podeszła do niego ładna kelnerka.
- Dzień dobry. Co panu podać?
- Whisky z lodem. - Spoglądał na nią. Na oko miała dwadzieścia góra dwadzieścia jeden lat. Długie czarne włosy związała w luźny kucyk, który co chwila poprawiała. Ciemne oczy wpatrywały się w niego intensywnie. Wydatne kości policzkowe i obfite kształty sdradzały, że pochodzi z Ameryki Południowej. Spojrzał na jej dłonie. Miała śliczne, delikatne dłonie. Takie, jak kobiety z Panamy.
- Coś jeszcze? - spytała po chwili.
- Nie dzięki. - uśmiechnął się do niej. Na jej twarz wstąpił rumieniec. Odeszła. Jak chciał, to naprawdę potrafił być czarujący. Odprowadzał ją wzrokiem. Cieszył się, że są jeszcze na tym świecie kobiety, które wzbudzają w nim porządanie. Przyniosła whisky i nalała ją do szklanki. Wziął ją do rąk, poczym wypił do dona. Zimny płyn zapiekł go w gardle. Wyjął pieniądze i zapłacił, zostawiając jej solidny napiwek. Te cudowne dłonie były tego warte. Wyszedł.

***

Schował ręce do kieszeni i idąc przed siebie, zastanawiał się, co ma począć ze sobą przez resztę dnia. Pokój w hotelu miał już zarezerwowany, ale nie chciał tam wracać zbyt szybko. Nie po to tu przyjechał. Mógłby się spotkać z Ronem, ale ten jest zbyt zajęty robieniem kariery, jako auror. Dawno ze sobą nie rozmawiali. Ostatnio przyjaciel pisał do niego kilka miesięcy temu, żeby poinformować go o tym, że Hermiona zerwała zaręczyny z nim. Harry odpisał mu, wyrażając swoje zdanie i ten już się do niego więcej nie odezwał. Harry musiał przyznać w duchu, choć niechętnie, że ucieszyła go ta wiadomość. Nie wyobrażał sobie Hermiony w roli czyjejkolwiek żony, zajmującej się domem i dziećmi, grzecznie czekającej z obiadem na męża. Hermiona była Hermioną. Jego najlepszą przyjaciółką. Bywała zarozumiała i impulsywna, ale zawsze umiała podjąć właściwą decyzję. Była inteligentna i nie dawała sobą pomiatać. Za to ją cenił. Z nią też dawno nie rozmawiał. Od świąt. Na pierwszy rzut oka wydawała się szczęśliwa, ale za dobrze ją znał, by wiedzieć, że coś jest nie tak. Później Ron wyskoczył z tym pierścionkiem, a ona się zgodziła. Jednak zmieniła decyzję. Z korzyścią dla niej. Hermiona była zbyt mądra, by skończyć, jako żona. I kiedy pomarańczowe słońce chyliło się ku zachodowi, zostawiając na niebie różowe smugi, Harry przez naprawdę krótką chwilę, stwierdził, że pasowaliby do siebie. Odrzucił, jednak tą myśl tak szybko, jak szybko się pojawiła. Stwierdził też, że bardzo chętnie by się z nią zobaczył. Nie wiedział też, czy miała na to wpływ whisky z lodem, czy upalna pogoda, a może nie powtarzalny londyński klimat, ale tęsknił za nią, okropnie tęsknił.

***

Mrok ogarniał ulice. Mugole wracali do domów. Zmęczeni nawałem pracy i duchotą panującą na dworzu. We wszystkich budynkach dużych firm powoli gasły światła, ale w tym jednym dość obskurnym nie. Obdrapany i niezbyt zachęcający, niski budynek był siedzibą redakcji Proroka Codziennego. Mieścił się w typowej mugolskiej dzielnicy, pośród nowoczesnych biurowców. Niegdyś znajdowała się tam fabryka drewnianych mebli, ale splajtowała, więc ówczesny naczelny i wydawca "Proroka..." Antonius Stevens, stwierdził, że będzie to najlepsze miejsce na wydawanie gazety. I od pół wieku nie zostało ono zmienione.

***

Pokój oświetlał jedynie księżyc i mała prawie wypalona świeczka. Na podłodze leżało mnóstwo połamanych piór, a z minuty na minutę, rosła góra zgniatanych i wyrzucanych pergaminów. Na biurku stały cztery plastkowe kubki po kawie. A on wciąż siedział i nie wiedział, co napisać. Była sobota wieczór, a on najpóźniej do jutra miał oddać gotowy artykuł o tym chłopaku, co zabił ojca. Ze zdenerwowania i zmęczenia zapomniał, jak on się nazywa. Rano mieli już wydrukowany cały numer, ale cholerne Ministerstwo Magii z tą wredną babą Ribeiro na czele zwołało konferencję, mówiąc o zmianie planów. I tyle. I nic więcej nie dodali. Christine Ribeiro powiedziała tylko, żeby wszelkie pytania kierować do Hermiony Granger, bo to ona spowodowała całe to zamieszanie. Tyle, że Hermiona Granger była nie uchwytna. Tylko fotograf "Proroka" zdążył zrobić jej zdjęcie. Leżało teraz przygniecione stosem papierów na jego biurku. Wziłą je do rąk i przyjrzał się nieco uważniej. Miała nieco zarozumiałą minę i zadarty lekko do góry nos. Typowa pracownica ministerstwa. Nieprzyjemna i wredna. No cóż, jednak musi się z nią spotkać, najlepiej do jutrzejszego popołudnia. I musi zrobić z nią wywiad. Jeśli oczywiście będzie miała na to ochotę. Z takimi, jak ona nigdy nic nie wiadomo. Westchnął ciężko i schował zdjęcie do teczki, a zza drzwi wyłonila się jasna głowa:
- Erick, skończ to wreszcie! Strażnicy już chcą zamykać.
- Tak, Liso już idę. - zgasił wątły płomień świecy i wziął teczkę pod pachę. Był gotowy na konfrontację z Hemioną Granger.



komentarze [24]

Rozdział II >> sobota, 9 lutego 2008 17:35:37
Nareszcie jestem! Z nowym rozdziałem. Dziękuje wszystkim, tym, którzy przynajmniej raz weszli na mojego bloga i się nie rozczarowali. Dziękuję wszystkim tym, którzy skomentowali rozdział I, nie wiedziałam, że będą to aż tak pozytywne komentarze, naprawdę nie spodziewałam się tego. Mam ferie, a więc następna notka powinna ukazac się pod koniec tygodnia. Dedykuję ją Wam, Drogie Czytelniczki, bo bez Was żaden, autor, nawet ten najgorszy, nie istnieje. Dziękuję za uwagę i zapraszam do czytania i komentowania.

Po wczorajszej burzy nie został żaden najmniejszy ślad. Błękitne niebo rozpościerało się nad Londynem. Słońce obejmowało swoimi promieniami całe miasto. Cichy wiatr kołysał delikatnie gałęziami drzew. Kolejny dzień budził się do życia.

***

Kamienice przy Oxford Street różniły się od tych położonych w innej części miasta. Tutaj trawniki zawsze były wypielęgnowane, a okna czyste. Tutaj drogie samochody trzymano w garażach. Tutaj eleganckie damy w kapeluszach i okularch przeciwslonecznych spacerowały pośród alejek pobliskiego parku. Tutaj podstarzali mężczyźni w jedwabnych koszulach palili cygara, popijając brandy i czytając ostatnie notowania giełdowe. Tutaj nianie opiekowały się dziecmi. Tutaj chłopcy w szortach i koszulkach polo grali w tenisa, a dziewczyny opalały się nad basenem. Tutaj życie toczyło się, jak w bajce.

***

Piętnastoletni chłopak z różdżką w ręku stał nad ciałem swojego ojca. Gdzieś w kącie cicho łkała jego matka. Podszedł do okna i zasłonił je żaluzjami. Wiedział, że jego sąsiedzi i tak niczego nie zauważa, bo są tylko zwykłymi mugolami z dużą ilością pieniędzy na kontach. Tak, jak jego nic niewarty ojciec, nad którym teraz stał i który nie mógł nic mu zrobic, bo leżał martwy od ponad godziny. I to dzięki niemu i jego przyjaciółce, różdżce. Czuł satysfakcję z tego, co zrobił. Gratulował sobie w duchu. Cieszył się, że uwolnił od tego ciężaru mamę, siostrę i siebie. Było to takie proste. Wystarczyła tylko książka z czarnomagicznymi zaklęciami, kilka tygodni intensywnych cwiczeń i nie musiał już patrzec w zimne oczy człowiekowi, którego przez piętnaście lat nazywał swoim ojcem. Wiedział, że po niego przyjdą. Złamią mu różdżkę i wsadzą do Azkabanu. O powrocie do Hogwartu nie marzył. Został z niego wyrzucony. Poinfromowała go o tym niejaka Christine Ribeiro, dyrektorka urzędu Magicznego Przestrzegania Prawa w liście, który przysłała mu 10 minut potym, jak wypowiedział zaklęcie, a jego ojciec padł martwy na dywan z wyrazem zaskoczenia na twarzy. Nie bał się tego, co się z nim stanie. Mogą go nawet zabic. Nie będzie żałował tego co zrobił. Za długo na to czekał. Za bardzo tego pragnął. Srebrny zegarek na jego ręce wskazywał godzinę siódmą rano. Już przybędą tu po niego aurorzy. Ścisnął mocniej różdźkę w dłoni. Nie będzie im uciekał, nie będzie z nimi walczył. Odda się im, przyzna do winy i wyląduje w Azkabanie, gdzie spędzi resztę swojego nędznego życia. Przedtem tylko musiał coś jeszcze zrobic. Nie słyszał już łkania matki. Ostrożnie podniósł ją i położył na łóżku. Wyglądała na obłąkaną. Przykrył ją kocem. Wyszedł z sypialni rodziców. Ostrożnie, by nie obudzic służby skierował się w stronę lewego skrzydła dwupiętrowego apartamentu. Cicho otworzył drzwi pokoju Margaret. Jego pięcioletnia siostra wciąż jeszcze znajdowała się w krainie snu. Blond loki opadały jej na twarz, a małe usta wygięły się w uśmiechu. Ogarnęło go dziwne uczucie. Żal i smutek za tym że prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczy ukochanej siostry. Ukucnął przy jej łóżku i szturchnął nią delikatnie. Po chwili otworzyła oczy.
- Ryan... - powiedziała półprzytomnym głosem - Co ty tutaj robisz? - Czuł, jak pod powiekami zbierają mu się łzy.
- Przyszedłem zobaczyc swoją małą Maggie. - próbował się uśmiechnąc. - Posłuchaj mnie uważnie...Kiedy Jennifer przyjdzie do ciebie, powiedz jej, żeby wzięła twoje rzeczy i pojechała z tobą do Birmingham, dobrze? - Kiwnęła głową na znak, że rozumie.
- A mama? - spytała po chwili, bawiąc się jego bransoletką.
- Mama jest trochę...chora i musi jechac do szpitala.
- A tata? - nie odpowiadał. Wpatrywała się w niego uporczywie przez dłuższą chwilę. Nie wytrzymał tego spojrzenia. Dopiero teraz uświadomił sobie, jakim był egositą. Dopiero teraz zrozumiał, że skrzywdził osobę, na której najbardziej mu zależało. Może jego ojciec nie nawidził, ale Margaret zawsze otaczał opieką i niezwykłą jak na niego troskliwością, a on ją tego pozbawił. Tym bardziej zasłużył na gnicie w celi Azkabanu.
- Tata jest bardzo zajęty. Wyjechał w bardzo długą podróż i nie wiem, kiedy wróci...Ale pamiętaj, że bardzo cię kocha...
- A ty? Pojedziesz tam ze mną?
- Ja? - pytanie go zaskoczyło - Ja też nie mogę...Mam tu coś do załatwienia... - głos mu drżał i czuł, że zaraz się rozpłacze...Zdjął z nadgarstka srebrną bransoletkę ze swoimi inicjałami R.P. i dał ją dziewczynce - Proszę to dla ciebie. - Pomógł jej zapiąc. Po chwili sięgnłą do tylnej kieszeni spodni i wyjłą z niej trochę pomięty list - Oddasz go Elizie, jak już będziesz na miejscu... - zapanowała cisza. Margaret ziewała, co chwila, poczym znów zasnęła. Ryan wstał i odgarnął jej włosy, by nie opadały na oczy i pocałował ją w czoło. Wyszedł na korytarz. Aurorzy już na niego czekali.

***

Stukot obcasów odbijał się od marmurowej posadzki Ministerstwa Magii. Hermiona przeklinała Yasmin w duchu, że wezwała ją do pracy w sobotni poranek. Co za ważna sprawa nie mogła poczekac do poniedziałku albo przynajmniej do dzisiejszego popołudnia. Gnając przez kolejne korytarze zauważyła, że całe ministerstwo, wszystkie departamenty zostały postawione na nogi, a w sobotę nie zdrzało się to zbyt często. Dobiegła do swojego biura, poczym jak to miała w zwyczaju otworzyła z impetem drzwi. Yasmin już tam była. Pisała bardzo szbko po pergaminie, mrucząc coś pod nosem.
- Yasmin możesz mi wytłumaczyc co się tutaj dzieje?! - Czarnowłosa dziewczyna przestraszyła się, słysząc głos Hermiony, wyrwana z własnych myśli, tak, że rozlała kawę stojącą nie opodal pergaminów, które zapełniała słowami. - Dlaczego wzywasz mnie tak rano, nic nie tłumacząc w tym liście?! Dlaczego wszyscy w ministerstwie biegają i krzyczą, jakby szykowała się wojna?! Możesz mi wyjaśnic o co w tym wszystkim chodzi.
- Hermiona, jak dobrze, że już jesteś. Ribeiro dostaje szału...
- Nie obchodzą mnie humory pani Ribeiro. Gadaj co tu się dzieje.
- Jakiś dzieciak użył zaklęcia niewybaczalnego i zabił własnego ojca. Aurorzy już go mają. Podobno nawet nie uciekał. Zakuli go w kajdanki bez problemu. Od razu został wydalony z Hogwartu. Za godzinę złamią mu różdżkę i trafi do Azkabanu... - Hermiona słuchała tego z zamkniętymi oczami. Wielokrotnie widziała śmierciożerców używających Avadę Kedavrę i wciąż pamiętała ludzi, których ostatnim widokiem przed śmiercią był zielony błysk. Na ostatnie słowa koleżanki otworzyła oczy i odwróciła się do niej twarzą.
- Co?! A gdzie proces?! A gdzie prawo do obrony?! Każdy najgorszy nawet śmierciożerca miał do tego prawo!
- Które i tak nic nie dawało. Hermiona daj spokój. Kto będzie chciał go bronic? Chłopak zabił ojca, jego matka postradała zmysły. Zgnije w więzieniu i na tym się skończy. Nic mu nie pomoże.
- Ale nawet go nie przesłuchaliście! Może zrobił to w obronie własnej!
- Moim zdaniem chciał pobawic się w śmierciożercę...
- Tak? To powiedz mi Yasmin ilu śmierciożerców widziałaś? Z iloma walczyłaś? Powiem ci, jakby było, gdyby, jak ty to stwierdziłaś, chciał pobawic się w śmierciożercę. Zabił by wszystkich bez wyjątku, a nie jedną osobę. Uciekłby od razu, a nie dał się złapac. a gdyby nawet go złapali to walczyłby, a nie pokornie i z podkuloną głową dał się tutaj przyprowadzic! - Hermiona krzyczała. Sama nie wiedziała, dlaczego. Czuła bicie swego serca. Każdy miał prawo do obrony i ona tego dopilnuje. Złapała za swoją torebkę i zamaszystym krokiem skierowała się w stronę drzwi.
- Gdzie idziesz? - Yasmin spytała przerażona wcześniejszym wybuchem koleżanki.
- Złożę wizytę naszej ukochanej pani dyrektor.

***

Hermiona nie pukała w drzwi. Ona waliła w nie z całej swojej siły aż rozbolała ja ręka. Po chwili usłyszała głośne i stanowcze: proszę. Weszła. W pokoju panował przyjemny chłód. Za biurkiem w wygodnym fotelu siedziała młoda kobieta o ostrych rysach twarzy. Christine Ribeiro nie miała pojęcia o przestrzeganiu prawa, ale miała wujka siedzącego w radzie Wizengamotu i jak głosiła plotka, to on załatwił jej to stanowisko.
- Cóż cię do mnie sprowadza Hermiono Granger w ten piękny poranek - uśmiechnęła się sztucznie, ukazując rządek białych zębów. - Proszę usiądź. Napijesz się czegoś?
- Nie dziękuję.
- No więc masz jakiś problem?
- Chciałabym, aby odbył się proces tego chłopaka i potrzebuję na to twojej zgody...
- Tak myślałam, że osoba taka, jak ty, pełna ideałów i mająca w głowie cały kodeks karny będzie strzegła moralności i przestrzegania zasad przez swoich przełożonych i to ci się chwali, ale odpowiedź brzmi: nie.
- Ale, dlaczego...Przecież, każdy ma to zagwarantowane...
- Przez dekret 11, tak wiem, ale ministerstwo nie ma ochoty sądzic, jakiegoś piętnastolatka, który nie wie, co robic z różdżką...A z resztą pan Potter nie byłby zachwycony, gdyby się dowiedział, że jego przyjaciółka broni osobę, która użyła niewybaczalnego, prawda - na jej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. - Z resztą kto by go bronił...
- Ja. Jestem na to gotowa.
- Porywasz się z różdżką na słońce, Granger, ale skoro tak tego pragniesz, cofnę wszystkie nakazy. Porozmawiam nawet z Laurą Thomas nową dyrektorką Hogwartu, aby odwołała wyrzucenie Ryana Perry'ego. A wiesz, dlaczego Granger? Bo z wielką przyjemnością obejrzę przedstawienie, które okaże się twoją klęską.
- Nie bądź tego taka pewna Christine. Zobaczymy kto kogo pogrąży. - Przez chwilę piorunowały się wzrokiem, poczym Christine się odezwała:
- Myślę, że wystarczająco dużo czasu ci poświęciłam, Granger. Do widzenia.
- Do widzenia. - Hermiona trzasnęła drzwiami. Rzeczywiście wpakowała się w niezłą sprawę. Gdyby to przynajmniej nie było niewybaczalne zaklęcie, tylko jakieś inne. Czy ten Ryan Perry wie w ogóle w co się wpakował. Musi, jak najszybciej z nim porozmawiac. Zastanawiał ja powód, dla którego to zrobił. Wiedziała, że przed nią kilka miesiecy ciężkiej pracy. Zbiegła na dół tam, gdzie zwykle prztrzymywano zatrzymanych. Nie wiedząc czemu, pomyśłała o Harry'm. Tak bardzo zapragnęła, aby przy niej był.

komentarze [19]

Rozdział I >> niedziela, 20 stycznia 2008 17:15:41
Karolinie - za to, że jest całym swoim sercem przy mnie :*

Granatowe niebo raz po raz przecinały blyskawice. Ciężkie krople deszczu spadały na chodnik i uderzały w niego z głośnym hukiem. Wiatr wiał z niewyobrażalną siłą. Ludzie w pośpiechu łapali taksówki lub skrywali się tam, gdzie było jeszcze w miarę sucho. Brązowowłosa dziewczyna skorzystała z okazji i teleportowała się wprost pod drzwi swojego małego mieszkania.

***

Hermiona była dorosła. Przynajmniej za taką się uważała. Sama mieszkała, pracowała na siebie, płaciła za swoje rachunki i studia. Hermiona była też wolna. Nikt nie dyktował jej co ma robic, jak zyc. Nie musiała się za nikim zasłaniac. Żyła tak jak chciała. Bardzo szybko. Spełniala swoje marzenia jedno po drugim. Parła wciąż do przodu. Hermiona też od pewnego czasu była wolna z innego powodu. Zerwała zaręczyny. Z Ronem Weasley'em. Oczekiwała czegoś innego od ich związku. Znali się przecież od dawna. Dobrze pamiętała początki przyjaźni, która na przestrzeni lat przerodzała się w głębsze uczucie. Kiedy przyszedł kres Voldemorta a większośc śmierciożerców trafiła do Azkabanu, oni oficjalnie zaczęli byc ze sobą. Na początku było, jak w bajce. Czuli się ze sobą dobrze. Hermiona była zakochana. Bardzo. Kłopoty przyszły później, kiedy Ron dostał pracę, jako auror. Przesiadywał w swoim biurze całymi dniami, nie rzadko też tam nocował. Zmieniał się. Chłopięce usposobienie znikło gdzieś pod tonami papierów, które wypełniał. Stał się nerwowy, praca pochłaniała go bez reszty. Dużo zarabiał. Mógł pozwolic sobie na wszystko. To go zepsuło. Nie widział nic poza coraz większą ilością galeonów. Hermiona dobrze pamiętała dzień, w którym przyszedł do ich mieszkania i oznajmił, że chce, aby ona przestała pracowac, bo nie jest to konieczne. Kłócili się. Całą noc. Wyprowadziła się od niego. Zamieszkała u koleżanki z pracy. Przyjechał po nią po kilku dniach. Z bukietem czerwonych róż w dłoniach. Przepraszał i obiecywał, że się zmieni. Uwirzyła i wybaczyła. Wróciła z nim. Na prawdę myślała, że się zmienił. Spędzali ze sobą więcej czasu, by naprawic to, co się jeszcze dało. Do tematu jej odejścia z pracy więcej nie powracali. Pamiętała tamte święta Bożego Narodzenia. Pojechali do jego rodziny. Harry też tam był. Wrócił z jakiejś dalekiej wypawy mającej na celu ujęcie jednego z tych nielicznych śmierciożerców, którzy zostali na wolności. Udało mu się. Państwo Weasley zaprosili go do siebie, pomimo że po jego związku z Ginny pozostało tylko kilka wspomnień. Harry tłumaczył jej, że nie może jej dac tego, czego ona od niego oczekuje. Nie obyło się bez jej krzyków i lamentowania.
Podczas świątecznej kolacji brązowowłosa rozmawiała z Harrym bardzo dlugo. Pierwszy raz od dłuższego czasu czuła się naprawdę szczęśliwa. Śmiała się z jego żartów. Zapomniała, jak to jest śmiac się z kimś, a on jej to przypomniał. Później Ron wstał i uklęknął przed nią, mówiąc, że ją kocha i pytając czy wyjdzie za niego. Szok w jakim była sprawił, że odpowiedziała tak. Później nie pamięta już nic. Tylko wyraz twarzy Harry'ego, który uśmiechał się na widok jej miny, kiedy Ron zakładał jej pierścionek na palec. Od tamtej pory nie widziała się ze straym przyjacielem. Po zaręczynach Ron traktował ją jak swoją własnośc. Jak rzecz, którą można przestawiac z kąta w kąt. Pewnego dnia wrócił wcześniej z pracy i powiedział, że zwolnił ją z Biura Magicznego Przestrzegania Prawa. Nie wytrzymała tego dłużej. Zdjęła pierścionek z palca i rzuciła nim w twarz chłopaka. Spakowała się szybko i zostwaiła byłego narzeczonego z wyrazem niezrozumienia na twarzy. Zamieszkała u Yasmin. Znowu. Aż w końcu znalazła małe, ale przytulne mieszkanie na obrzeżach Londynu. W pracy przyjęli ją bez problemu. Ron próbował się z nią skontaktowac, ale ona zamknęła ten rozdział swojego życia bezpowrotnie.

***

Jak to możliwe, że kobieca torebka jest w stanie pomieścic więcej niż wskazują na to jej rozmiary. Wiedzą to tylko przedtawicielki płci pięknej. Większy problem stanowi natomiast fakt, że jesli się w niej czegoś szuka to nie można tego znaleźc. Taki problem miała Hermiona, która stojąc przed drzwiami do swojej kawalerki, jak zwykle szukała kluczy, klnąc przy tym siarczyście. Znalazła je po dziesięciu minutach zaciętej walki. Otworzyła zacinający się zamek, po czym weszła do środka i zamaszystym kopniakiem zamknęła drzwi. Pomyślała, ze dobrze byc już w domu.

***

Spojrzała w wielkie lustro, które zajmowało pół ściany małego przedpokoju. Mokre od deszczu brązowe loki, poskręcały się w drobne sprężynki. W wielkich czekoladowych oczach malowało się zmęczenie. Przejrzała się w nim od stóp do głów. Na pierwszy rzut oka wyglądała dośc przeciętnie. Jej uroda tkwiła w szczegółach: zadartym do gory, drobnym nosie, wąskich ustach i inteligentnym spojrzeniu. Nigdy się nie odchudzała, ale i tak była szczupła. Ostatnimi czasy nawet bardzo. Nie malowała się, nie stroiła. Gdyby miała opisac dziewczęcośc zrobiłaby to jednym słowem: niezależnośc. Była niezależna. I teraz, kiedy spoglądała na palec, na którym nie było już śladu po pierścionku, cieszyła się, że już nie musi go oglądac. Kojarzył się on bowiem z utratą wolności i swobody. Z zakuciem w pewnego rodzaju niewidzialne kajdany. Jak dobrze, że już nie musiała go nosic.

komentarze [29]




Hermiona Granger


Accio

Hermiona Granger.
Kobieta tajemnicza i jakże intrygujšca!
Znajšca odpowiedzi na wiele pytań i lubišca ryzyko.
Niezależna, silna, otoczona gronem wspaniałych przyjaciół, za których gotowa jest oddać życie.
Kobieta zakochana.

Jej historię czytało już wielkich Czarodziei i zwykłych Mugoli.
Niektórzy z nich pozostawili po sobie slad.
Chcesz do nich dołšczyć?

Wspomnienia

2008
styczeń (1)
luty (2)


Bywam i należę

my-friend-lonelinessflames-of-lovenigdy-twoja-nigdy-moj

Powiadamiam
Miłośc Hermiony i Harry'ego
Rose Weasley
Panna-Athar
flames-of-love
Harry i Hermiona




Szablon

Szablon wykonała
Gabrielle